Sprawdź:
Zobacz:
autor RAP 17-01-2011 03:01:00
Tłumaczenie wywiadu z Gazebo (Paul Mazzolini), przeprowadzonego przez Zeljka Vujkovica (http://www.italo-interviews.com/)
Autor:RAP

Zeljko: Witaj Gazebo. To wielki zaszczyt móc porozmawiać z tobą na temat twojej kariery muzycznej. Bardzo dziękuję ci za to.

Gazebo: Zeljko, to dla mnie przyjemność...

Z: Chciałbym zacząć wywiad od samego początku twojego życia, lecz najpierw cytat: “Used to say I Like Chopin, Love me again and again, Rainy days, Never say goodbye to desire, When we are together, Rainy days, Growing in your eyes, Tell me where’s my way...”. Są to słowa legendarnej i jednej z najbardziej długowiecznych piosenek świata. Nie znam nikogo, kto nie rozpoznałby tego utworu, bez względu na to, czy słuchał - lub wciąż słucha - italo-disco, albo jakiegokolwiek innego gatunku muzyki. Powiedz, Gazebo, w jaki sposób napisałeś tę piosenkę.

G: Cóż, w tamtym czasie współpracowałem z Pierluigim Giombinim, z którym zrealizowałem, jako nastolatek, większość swoich muzycznych pomysłów. Stworzyliśmy kilka piosenek i byliśmy dobranym duetem kompozytorskim. „I like Chopin” został nagrany na taśmie jako „demo”, które w 90% stanowiło materiał na moim pierwszym albumie „Gazebo”. To była ciekawa ballada, lecz nigdy nie myślałem i nie wierzyłem, że właśnie ona stanie się największym przebojem. Jestem dłużnikiem Freddy’ego Naggiara (właściciela Baby Records), który natychmiast zakochał się w tej piosence i przyczynił się do jej rozpowszechnienia.

Z: Skąd zaczerpnąłeś pomysł, by skomponować na fortepian tak fantastyczną, znaną z piosenki, melodię? Melodia ta, w wykonaniu fortepianowym, jest bardzo uniwersalna i łatwo wpada w ucho. Czy wykorzystałeś melodię z oryginalnego arcydzieła Chopina, czy też twoja kompozycja nie ma nic wspólnego z Chopinem.

G: Nie, ona nie ma właściwie nic wspólnego z twórczością Chopina. Tytuł piosenki wziął się z pomysłu, jaki miałem na temat dziwnego i pełnego cierpienia związku między Chopinem i George Sand, dominującą kobietą, lecz mierną pisarką (dokładnie odwrotnie, niż Chopin).

Z: Czy przypuszczałeś, że „I like Chopin” stanie się tak ogromnym hitem i jego sprzedaż przekroczy 10 milionach egzemplarzy?

G: Tak jak powiedziałem… W tamtym czasie martwiłem się tylko odzewem na „Masterpiece”. To był dobry przebój na rynek dyskotekowy. Sukces utworu „I like Chopin” był niewiarygodny. Któregoś dnia byłem w Kazachstanie i słuchacze odśpiewali go accappella, od początku do końca.

Z: Po wstępie związanym z „I like Chopin” chciałbym pomówić o pierwszych latach twego życia. Twoja biografia jest bardzo interesująca, więc - proszę - opowiedz o swoim dzieciństwie, gdzie urodziłeś się itd., abyśmy mogli cię lepiej poznać.

G: Urodziłem się w Bejrucie (Liban), gdyż mój ojciec pracował tam wtedy we włoskiej ambasadzie (był dyplomatą). Był rok 1960. Potem przenieśliśmy się do Jordanii, a następnie - po „Wojnie 6-dniowej” - do Kopenhagi w Danii (dużo bezpieczniejsze miejsce). Tam właśnie spędziłem najlepsze chwile, w amerykańskiej szkole, ucząc się gry na gitarze moich pierwszych akordów - utworów Boba Dylana oraz „Simon and Garfunkle”. Potem przeprowadziliśmy się do Francji (gdzie moja nauka przybrała charakter bardziej akademicki) i ostatecznie w 1975r. wróciliśmy do Rzymu. Tam uczęszczałem do szkoły średniej i rozpocząłem swoje pierwsze muzyczne eksperymenty z komponowaniem i pisaniem tekstów. Po ukończeniu szkoły wyjeżdżałem do Londynu, pracując jako gitarzysta we włoskiej restauracji i usiłując znaleźć swój styl na muzycznej scenie. Spotkałem wielu interesujących muzyków, a wśród nich Denisa Heinesa (wtedy członka „Tubeway Army” Gary’ego Numana), z którym później pracowałem. W międzyczasie, jak wspomniałem, gdy byłem w Rzymie, spotykałem się z Pierluigim, u niego, albo u mnie (obaj mieliśmy 4-ścieżkowe magnetofony), aby nagrywać piosenki. Mieliśmy zamiar stworzyć zespół, ale trudno było znaleźć kogoś chcącego w to zainwestować. Na pewnym etapie zarzuciliśmy więc ten pomysł, Pierluigi poszedł do wojska, podczas gdy ja zacząłem dobijać się do drzwi wytwórni, licząc na podpisanie kontraktu. Paulo Micioni zrealizował kilka naszych projektów („China Express” i „Range”) i chciał nawiązać ze mną współpracę. Postanowiliśmy zacząć ją od „Masterpiece”, skontaktowaliśmy się z Pierluigim i... wykonaliśmy zadanie. Najpierw utwór został wydany jako „Biała etykieta”, ale odzew był ogromny, więc wydaliśmy go w Mediolanie, dzięki pośrednictwu firmy DiscOtto. Któregoś dnia Freddy jechał autostradą i usłyszał w radio tę piosenkę. Zadzwonił wtedy do swojej sekretarki ze słowami: „ Chcę tego artystę! Koszty nie grają roli!”. No cóż, resztę już prawdopodobnie znasz  

Z: Czy to ty wybrałeś pseudonim - Gazebo, czy ktoś inny? Dlaczego właśnie Gazebo?

G: W tamtych czasach DJ-e we Włoszech (nigdy nie marzyliśmy o sprzedaży poza Italią) byli dość prowincjonalni i zignorowaliby nagranie, gdybyśmy wydali je pod moim prawdziwym nazwiskiem (mam nadzieję, że obecnie to nastawienie uległo zmianie), więc wybrałem słowo „gazebo” z tekstu „Masterpiece” (Talking of cinema in the gazebo...) i pozostałem mu wierny 

Z: Myślę, że rok 1981 stał się przełomowym w twojej karierze muzycznej, po tym jak spotkałeś Paola Micioniego. On wyprodukował twój pierwszy przebój „Masterpiece”. W jaki sposób go poznałeś i jak rozpoczęły się wasze pierwsze wspólne kroki. Czy pracowałeś z nim tylko do 1983r.?

G: Muszę przyznać, że był on pierwszym (i wtedy jedynym) producentem, który we mnie uwierzył. Lubił moją muzykę (nawet tę, którą samodzielnie tworzyłem), więc obdarzyłem go kredytem zaufania. Potem jednak popełnił kilka błędów (nazwijmy to tak) i to pogorszyło relacje między nami. Po „Masterpiece” wykonaliśmy klika nagrań-dem, wspólnie z paroma muzykami z jego otoczenia, ale materiał wydał mi się za mało interesujący. Zapytałem więc Freddy’ego, czy mógłbym skontaktować się z Pierluigim ... i tak sprawy potoczyły się dalej.

Z: W tym samym roku, 1983, związałeś się z Baby Records. Czy zechciałbyś opowiedzieć o współpracy z nimi? Interesuje mnie także, w jaki sposób ta współpraca rozpoczęła się.

G: Jak wspomniałem, Freddy chciał podpisać ze mną kontrakt, a w tamtym czasie Baby Records była najdynamiczniej rozwijającą się wytwórnią nagrań we Włoszech. Wiedziałem też, że nie mogę podpisać umowy bezpośrednio ze sprzedawcą. Potrzebowałem dobrej wytwórni, która zainwestowałaby w promocję i teledysk. Baby stała się moim pierwszym wyborem. Pojechałem do Mediolanu, Freddy zapytał mnie: „Umiesz tańczyć?”. Odparłem: „Nie”. Zmarszczył brwi. Potem dodał: „Co będziesz więc robił przed kamerą telewizyjną?”. Odpowiedziałem: „Nie ruszę nawet mięśniem. Chcę, żeby kamera patrzyła w moje oczy”. Zaczął się pocić. Potem stwierdził: „Jesteś zwariowany...”. Godzinę później opuściłem studio z moim pierwszym podpisanym kontraktem nagraniowym! Hehe.

Z: Czy spotkałeś się z innymi artystami Baby Records, jak Joe Yellow, czy La Bionda? Próbuję zgromadzić jak najwięcej informacji na temat innych wykonawców italo-disco, więc - mam nadzieję - zrozumiesz, dlaczego o to pytam?

G: Nie miałem z nimi kontaktu, niestety. Spotkałem La Biondę, lecz dużo później... Innymi artystami, z którymi widywałem się w Baby Records byli Pupo, Toto Cutugno, czy „Ricchi e Poveri”

Z: Kiedy opuściłeś Baby Records i dlaczego? Podejrzewam, że stało się to w  1985r., kiedy założyłeś własną firmę „Lunatic”?

G: Po odbyciu służby wojskowej zorientowałem się, że w perspektywie czasu Freddy nie był zainteresowany mną, jako artystą. W przypadku niepowodzenia jakiegoś nagrania zostałbym odsunięty na boczny tor. Tak więc, pomimo, że to była trudna droga, wybrałem własną niezależność. Ponadto Freddy nie chciał pracować z Pierluigim i zaproponował mi współpracę z Chieregatto i Turattim. Nie znałem ich wtedy, jeśli nie liczyć kontaktów podczas tworzenia dema piosenki, która stała się później „USSR”, śpiewaną przez Eddiego Huntingtona. Utwór ten był niezły, ale nie pokrywał się z moim wizerunkiem muzycznym.

Z: Zastanawiam się... „Lunatic” jest piosenką wydaną dla Baby Records w 1983r., a swoją firmę Lunatic S.r.l. założyłeś 2 lata później, w 1985r. Czy BR zezwoliła ci na używanie tytułu utworu, który wydałeś pod jej skrzydłami. Moje pytanie dotyczy zagadnień związanych z prawami autorskimi. Czy jesteś właścicielem praw do wszystkich swoich piosenek (tytuły, teksty, produkcja itp.) i możesz je dowolnie wykorzystywać w przyszłości?

G: Cóż... Lunatic był moją własnością intelektualną. Nikt nie mógł mnie powstrzymać przed użyciem tej nazwy dla firmy, chyba, że istniałaby już wcześniej inna firma o tej samej nazwie.

Z: Współtworzyłeś piosenkę „Dolce Vita” dla Ryana Parisa. Ten utwór stał się wielkim hitem - podobnie jak „I like Chopin” - i obecnie wciąż można go usłyszeć w różnych stacjach radiowych na całym świecie...

G: Tak. Miałem zamiar umieścić go na moim pierwszym albumie (sądziłem, że byłby on dobrą kontynuacją dla „Masterpiece”, ponieważ oba mówiły o wytwórniach filmowych, o Hollywood i Cinecitta), lecz Freddy nie lubił go. Nikt nie jest doskonały, hehe... To był świetny pomysł, do którego doszedłem czytając jakiegoś brukowca. Zadzwoniłem do Pierluigiego, a on wymyślił tę zgrabną, basową linię melodyczną... no i gotowe! .

Z: Czy mógłbyś przybliżyć mi swoją współpracę z Ryanem Parisem. Kim on jest? Wiem bardzo mało na jego temat, więc proszę, opowiedz o nim w kilku słowach.

G: Ryan Paris (Fabio Roscioli) był naszym znajomym. Gdy Baby odrzuciła „Dolce Vita”, zaczęliśmy poszukiwania... Był wysoki, przystojny, z niebieskimi oczami (Włoszki uwielbiają niebieskie oczy) i potrafił śpiewać. Jego wymowa nie była idealna, ale to nie przeszkodziło „Dolce Vicie” w zdobyciu pierwszego miejsce na Wyspach Brytyjskich. Jest miłym gościem i, o ile wiem, obecnie mieszka w Niemczech.

Z: Czy zechciałbyś opowiedzieć o swojej współpracy, jeśli miała ona miejsce, z innymi wykonawcami italo-disco działającymi w latach 80-tych? Mam szczególnie na myśli Roberto „Savage” Zanettiego (nie tylko ja uważam, że macie ze sobą - muzycznie - wiele wspólnego; moglibyśmy sądzić, że jesteście dobrymi przyjaciółmi, tworzyliście melancholijne melodie, w jakiś szczególny sposób do siebie podobne). Myślę także o P.Lionie.

G: P.Lion jest moim bardzo dobrym przyjacielem i sympatycznym człowiekiem. Pracowaliśmy razem w 2000r. nad remiksem „Happy children” i od zawsze planowaliśmy jakieś wspólne działania (zespół Blues Brothers z Albert One). Roberto znam z lat 80-tych, ale nigdy z nim nie pracowałem. Był wtedy bardzo zajęty tworzeniem swoich udanych produkcji.

Z: W niektórych moich poprzednich wywiadach, z Tomem Hookerem, P.Lionem, czy Eddym Huntingtonem, wszyscy twierdzą, że jesteś wspaniałym i profesjonalnym producentem oraz artystą. Czy lubisz spotykać się z pochwałami ze strony kolegów po fachu?

G: A kto nie lubi? Bardzo miło jest spotykać się z nimi i dzielić się swoimi wrażeniami. Ktoś powinien napisać o tym książkę. Jeśli zaś mówimy o profesjonalizmie... Nie mogę tego oceniać. Wiem, że popełniłem w swojej karierze błędy, ale zawsze starałem się być szczerym i uczciwym wobec siebie i innych. Może to zaprocentowało.

Z: Jako, że lubię powtarzać, iż włoska muzyka dyskotekowa lat 80-tych jest częścią mojej duszy i stylu życia, chciałbym wiedzieć, co sądzisz o tym okresie? Nie musisz prawić ciepłych słów, jeśli nie wspominasz mile tamtych czasów.

G: Lata 80-te były dość szczególnym okresem. Ludzie wspominają je z nostalgią, ponieważ świat (przynajmniej ten zachodni) miał mniej zasadniczych problemów, ludzie zarabiali pieniądze i cieszyli się z życia. Może to było zbyt powierzchowne. Potem nadeszły lata 90-te z Saddamem i wojną w byłej Jugosławii (o której, niestety, wiesz o wiele lepiej) i zachwiała się sytuacja finansowa... Staramy się pamiętać dobre czasy. Lata 80-te to zdecydowanie era „plastiku”.

Z: W każdym wywiadzie pytam artystów o ich ulubione piosenki i wykonawców italo-disco. Czy mógłbyś podzielić się z nami tymi informacjami?

G: Jestem zakłopotany, ponieważ bardzo rzadko słucham italo-disco i czuję się dyletantem w porównaniu z takim specjalistą jak ty. Bardziej interesowałem się wówczas angielską muzyką new wave. Spośród włoskich nagrań zawsze lubiłem „Another life” Kano i – oczywiście – „Happy children” P.Liona.

Z: Przez te wszystkie lata wiele koncertowałeś we Włoszech i w Europie, a także poznałeś innych twórców italo-disco. Czy był to dla ciebie wspaniały i pełen rozrywki okres, czy też traktowałeś go tylko w kategoriach biznesu?

G: To był tylko czas rozrywki! Pomijam tu jednego „artystę”, jego nazwiska nie wspomnę, który okazał się prawdziwym idiotą. W studiu odkryłem, że nie śpiewał on nawet swoich własnych piosenek!

Z: Jestem prawie pewny, że wiem, kogo masz na myśli. Możesz przeczytać mój wywiad z Tomem Hookerem. On otwarcie podał to nazwisko. Myślę jednak, że my - fani - zawsze zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Tak, to wielkie rozczarowanie dla wielu sympatyków. Studia musiały posiadać pewnego rodzaju „umiejętności”, aby ukryć coś takiego. Może także w latach 80-tych łatwiej było utrzymać pewne tajemnice, gdyż media nie były tak potężne jak dziś. Czy sądzisz, że współcześnie byłoby możliwe takie oszustwo?

G: Cóż... Jestem pewien, że wciąż jest wiele „fałszywek” w naszym otoczeniu. Technologia cyfrowa potrafi obecnie zdziałać cuda, wierz mi  Oszustwa te nawet trudniej odkryć, niż kiedyś. Istnieje wielu przeciętnych piosenkarzy, których nagrania brzmią wspaniale.

Z: Teledyski italo-disco należały do rzadkości i wielu wykonawców ich nie nagrywało. W pewnym stopniu jest to zrozumiałe, biorąc pod uwagę naturę tej muzyki, tzn. fakt, że pod wieloma pseudonimami często ukrywał się ten sam głos. Czy ty lubiłeś kręcić klipy?

G: Tak, sprawiało mi to przyjemność. Pojechaliśmy do Londynu i pracowaliśmy, jakbyśmy kręcili film. Było zimno. Teledysk („I like Chopin” w reżyserii Davida Rose’a) jest – w mojej opinii – bardzo sympatyczny. Wciąż wielu fanów pyta mnie, czy romansowały w nim dwie dziewczyny, czy też ja z każdą z nich. Bardzo intrygujące . Sądzę, że prawdziwą przyczyną rezygnacji z nagrywania klipów przez wielu artystów były ich bardzo wysokie koszty. Sieci sprzedaży (które wyprodukowały 90% nagrań italo-dance) nie myślały w kategoriach promocji i marketingu. Teledyski - to był nowy temat w tamtym czasie i trzeba było jeździć do Londynu, jeśli miały być na odpowiednim poziomie.

Z: Bardzo intrygujące, rzeczywiście . Tak więc, jakie jest twoje wyjaśnienie wątpliwości fanów?

G: Nie mogę odpowiedzieć z dwóch powodów:
1. Nie wiem (to kwestia interpretacji). Mogę ci powiedzieć, że poza planem byłem związany z brunetką (Sheryl Stevens – ona znalazła się także na okładce pierwszego albumu), a blondynka z klipu była bardzo interesująca... i zainteresowana również . Rzeczywistość czasami przerasta fantazję.
2. Nawet gdybym wiedział, nie mógłbym zniweczyć ciekawości fanów, którą muszą zachować w sprawie tej zagadki.

Z: Masz już 9 albumów na swoim koncie, a także pokaźną liczbę piosenek. Wierzę, że jesteś usatysfakcjonowany? Powiedz, które kompozycje są twoimi ulubionymi.

G: Dziewięć? Myślałem, że 8 (6 + podwójna składanka). Może wykorzystano moje imię i zdjęcia, ale zaśpiewał ktoś inny. Otóż  ulubionymi przeze mnie utworami są: „Masterpiece”, „Lotus girl”, „Alice in wonderland”, „Waterland”, „14th Of July” i „Fire”.

Z: Pomyliłem się, Gazebo. Przepraszam. Nie byłoby jednak w tym nic dziwnego, gdyby takie zdarzenie miało miejsce. Na przykład Anfradno „Koto” Maiola miał tego typu doświadczenia z holenderskim producentem Michelem van der Kuyem. Wiedziałeś o tym?

G: Nie, przykro mi. Przyznałem się już, że nie jestem specjalistą w dziedzinie italo. Nigdy nie słyszałem o żadnym z nich.

Z: Praca nad każdym albumem i piosenką wymaga wiele wysiłku, więc powiedz, proszę, jak postrzegasz swoją dawniejszą i obecną działalność.

G: W przeszłości było inaczej, istniał zespół, każda decyzja było podejmowana wspólnie, było wiele nieporozumień (ostatecznie – zbyt wiele), ale przynajmniej początkowo mieliśmy dobre wyniki. Po „Univision” zdecydowałem się na zmianę zespołu, ponieważ dotychczasowy przestał być twórczy i efektywny. Teraz prawie wszystko robię samodzielnie, od pisania tekstu piosenki do ostatecznej obróbki nagrania. To bardzo wyczerpujące, lecz muszę czuć się zadowolony z rezultatów pracy.

Z: Czy tolerujesz krytykę i czy ma ona jakiś wpływ na twoją pracę?

G: Byłem kiedyś bardzo wrażliwy na opinie ludzi, ale szybko zorientowałem się, że czasami traciłem czas (próbując coś zmienić), gdyż zazwyczaj kończyło się to wyborem początkowego pomysłu. Lubię zlecać DJ-om wykonanie dodatkowych wersji, jednak moja własna musi pozostać bez zmian.

Z: Proszę, przybliż nam artystów, których jesteś producentem.

G: Właśnie zakończyłem pracę nad nowym albumem Ardita Gjebrea. To bardzo ciekawy artysta z Albanii, a pracuję z nim od 1991r.

Z: Gdy promujesz kogoś, oczekujesz, że będzie on zaangażowany w proces tworzenia piosenki, a może niezbędny jest tylko jego głos?

G: To zależy od piosenki, wykonawcy i okoliczności. Ardit, na przykład, pisze swoje własne piosenki i robi to naprawdę dobrze.

Z: Jak nazwałbyś styl muzyki, którą tworzysz współcześnie i czy brakuje ci brzmienia lat 80-tych?

G: Sądzę, że mógłbym określić to, co teraz tworzę, mianem muzyki POP. Lubię styl lat 80-tych i dostrzegłem, że tamto brzmienie w jakimś stopniu powraca.

Z: Poza firmą „Lunatic” założyłeś też „Cresus Enterpreises”. Dlaczego?

G: „Lunatic” był studiem i firmą producencką. Z „Cresusem” pragnąłem natomiast rozwinąć działalność wydawniczą. Obecnie obie firmy są połączone w ramach „Softworks”.

Z: Gazebo, o ile wiem, pracowałeś z pewnym zespołem z Bośni i Hercegowiny. Wiem, że to brzmi zaskakująco, lecz jeśli uwzględnimy, że pracowałeś też z piosenkarzem albańskim – Arditem Gjebrea – ten fakt nie powinien dziwić.

G: „Plavi Orkestar” (tak nazywał się zespół) radził sobie wówczas bardzo dobrze, a spotkałem się z nim w biurze Jugotonu w Zagrzebiu. Jugoton przygotowywał wydanie „Univision” i dlatego poprosił mnie o pomoc dla zespołu przy realizacji piosenki. Zgodziłem się i doświadczenie to sprawiło mi przyjemność. Ciekaw jestem, co stało się z członkami tego zespołu. Przypuszczam, że Jugoton jest obecnie chorwackim wydawnictwem. Ardit, jak już wspomniałem, jest bardzo utalentowanym albańskim muzykiem. Spotkałem go kiedyś w moim studio, gdy towarzyszył albańskiej wiolonczelistce, biorącej udział w przesłuchaniu. Zapytał mnie, czy mógłbym zająć się aranżacją piosenki, którą chciał zaśpiewać na Konkursie Piosenki w Tiranie. Nie miał pieniędzy, ale był tak zabawny, że postanowiłem mu pomóc. Teraz jest prawdopodobnie najbardziej znanym artystą w swoim kraju. Czuję się tak, jakbym napisał kolejnego „I like Chopin”! Zawsze pociągały mnie eksperymenty, a doświadczenia te były bardzo pouczające.

Z: Mogę opowiedzieć ci o chłopakach z „Plavi Orkestar”. Nie wiem zbyt wiele... ale wokalista Sasha przeniósł się do Lubliany w Słowenii, gdzie kontynuował karierę muzyczną (nie wiem, z jakim powodzeniem); Ante – blondyn – sądzę, że jest w Kanadzie, a pozostali dwaj - bracia - myślę, że pozostali w Sarajewie. To wszystko, co o nich wiem. Tak, Jugoton jest teraz chorwacką firmą fonograficzną 

G: Mam nadzieję, że powodzi im się dobrze.

Z: Nie wiem przed ilu laty, ale bywałeś w Chorwacji, prawda?

G: Cóż, mój ojciec pracował we włoskim konsulacie w Zagrzebiu, a matka ma chorwackie korzenie. Przyjeżdżałem do Chorwacji w czasie wakacji, brałem nawet udział w inicjatywie „radna akcija” (prawdopodobnie: „akcja pracownicza” – odpowiednik naszego „czynu społecznego”) w czasie panowania Tito; pracowałem i pociłem się . Sądzę, że jedna z moich pierwszych przygód miłosnych rozegrała się na polu kukurydzy, z piękną chorwacką dziewczyną. To było w latach siedemdziesiątych...

Z: No, no, to bardzo interesujące. Cieszę się, że twoja mama posiada chorwackie korzenie. Muszę wyznać, że ostatnio czytałem książkę o Divine, aktorze i wykonawcy HiNRG. Jego matka nazywała się Vukovic, całkiem podobnie do mnie (Vujkovic), co bardzo mnie zaskoczyło, i podejrzewam, że ona także stąd pochodzi. Ciekawe! Czy pamiętasz imię tej młodej dziewczyny z pola kukurydzy?  Może przeczyta kiedyś ten wywiad, któż to wie...

G: Taaak... Miałem wtedy tylko 16 lat i to działo się dawno temu. Naprawdę nie pamiętam jej imienia. Może to była Vesna, ale nie jestem pewien. Nazywano mnie wtedy „Yuppy Du”, z powodu koszulki z (Adriano) Celentano, którą stale nosiłem. Może ona będzie pamiętać. Mam gdzieś jej zdjęcie (z flagą jugosłowiańską), jeśli je znajdę, zeskanuję i prześlę do ciebie .

Z: Wierzę, że jesteś bardzo zadowolony ze swojej kariery, bo przecież odniosłeś wielki sukces. Czy istnieje jednak coś, co chciałbyś zmienić? Jaki stawiasz sobie cel na przyszłość?

G: Z pewnością patrząc wstecz zawsze można dokonać lepszego wyboru. Biorąc pod uwagę mój temperament, powinienem uważać się za szczęściarza. Zdołałem nie zaszkodzić sobie tak bardzo, jak mogłem. Pracowałem z niezwykłymi ludźmi, bez których nigdy nie osiągnąłbym takich rezultatów. Planuję wreszcie powrócić z dojrzałym albumem, zawierającym utwory wymykające się wszelkim stereotypom. Chciałbym także móc koncertować z prawdziwymi muzykami...

Z: Nad jakim projektem obecnie pracujesz?

G: Pracuję nad kilkoma nowymi piosenkami. Czuje, że mógłbym w tym roku sprawić miłą niespodziankę moim fanom.

Z: Czy planujesz współpracę z kimś, z kim jeszcze nie pracowałeś?

G: Bardzo starałem się przekonać Freddy’ego do współpracy z Trevorem Hornem, ale ten człowiek ma ustalone plany na następnych kilka lat! Byłbym zachwycony mogąc zrealizować nagranie w towarzystwie moich ulubionych muzyków (zbyt wielu, aby ich wymieniać), lecz to wymagałoby zaangażowania ogromnych środków!

Z: Czy możesz podzielić się ze mną i z fanami jakimiś szczegółami z twojego życia osobistego?

G: Mówiłem już, że jestem szczęściarzem. Otrzymałem od życia wiele dostatków, wspaniałą karierę i cudowną rodzinę... Nie mogę prosić o więcej. W naszym domu to ja podaję śniadanie i budzę wszystkich. Upewniam się, że są cali i zdrowi, a potem schodzę do studia, w którym pozostaję przez cały dzień (nie licząc przerw na kawę). Wciąż potrzebuję tego „transu”, w jaki wpadam pisząc piosenkę. Zamykam oczy i pozwalam muzyce wypełniać komórki mego mózgu. To mój narkotyk 

Z: Czy masz jakieś przesłanie dla swoich sympatyków?

G: Naprawdę chciałbym ich wszystkich spotkać. Miałem ostatnio koncert w Finlandii, gdzie fani byli tak entuzjastyczni, że czułem się jak w rodzinie. To naprawdę silna więź. Mam nadzieję, że to marzenie kiedyś spełni się.

Z: Gazebo, bardzo dziękuję ci za ten wywiad. Wiele on znaczy dla mnie osobiście. Życzę tobie kolejnych wielkich sukcesów i pełnego radości życia.

G: Cała przyjemność po mojej stronie, Zeljko. Wszystkiego najlepszego również dla ciebie. Bok druze!! (prawdopodobnie: „Trzymaj się kolego!”)
5066 Wyświetleń | Oceny: (4 Ocen)
Artykuły działu
Gazebo (Paul Mazzolini) 17/01/2011 Przeczytaj wywia...
Sławomir Wesołowski 30/10/2008 Historia polskie...
Joy Peters 27/11/2007 Joy Peters jest ...
Grzegorz Wawrzyszak (2) 19/11/2007 Opowieści Grze...
Grzegorz Wawrzyszak 19/11/2007 Grzegorz opowiad...
Brian Ice - Kompozytor, wokalista, aktor 19/11/2007 Wywiad przeprowa...
Eddy Huntington 19/11/2007 Wywiad z Eddym H...
Tom Hooker - cała prawda o Den Harrow 19/11/2007 Tom Hooker (jego...
Linda Jo Rizzo - Przyjaźni się z gejami 19/11/2007 "O homo świat p...
The Twins - Dwie bratnie dusze 19/11/2007 Przedstawiamy t...
Joe Yellow 19/11/2007 Przedstawiamy t...
Savage - Łagodny brutal 19/11/2007 Drugi wywiad z R...
TOP80 na Facebooku
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Power Play Tygodnia
Proponuje: Robert_Lato
Wykonawca: Sandra
Tytuł: In The Heat Of The Night
Rok:1985